piątek, 18 października 2013

Jak pomagać - część 5

Po wczorajszej akcji nie da się dłużej zwlekać z ciągiem dalszym poradnika; ta scenka będzie świetną ilustracją do kolejnego punktu, czyli:

Zwierzak na drodze
Godzina +/- osiemnasta, szarówka, spory ruch, ulica niby w mieście, a jakby wiejska, bo kręta, pagórkowata, zero chodnika, i w tym wszystkim niewidoczni piesi zasuwający dziesięciocentymetrowym poboczem, więc szybko jechać się nie da. I całe szczęście – przede wszystkim dla psiaka, który nagle wyrósł nam przed maską. Moje kierujące kochanie chyba po raz drugi w życiu przetestowało ABS, pies bez szwanku szurnął na pobocze i pobiegł dalej.
- Qrwa, zjedź tu, lecę za nim, przecież nie można go zostawić. – To oczywiście ja.

A. zjechała w zatoczkę, a ja długa za psem. Pędzę, wołam, gwiżdżę – zatrzymał się, patrzy. Już prawie odetchnęłam, że da się grzecznie złapać, a ten nagle sru na jezdnię, prosto pod koła kolejnego auta. Kierowca miał refleks, i kolejny, i kolejny, i kolejny, któremu już osobiście, bardzo mądrze, wpakowałam się przed maskę; wiem, debilizm, ale nie tylko pies był w amoku.

Sprawca zamieszania uznał w końcu, że nie jest odpowiednio wyposażony do poruszania się po drogach publicznych i przerażony jak nieboskie stworzenie pognał z powrotem na osiedle, z którego chyba wybiegł. Ja roztrzęsiona wróciłam do równie roztrzęsionej A. i jak te dwie galarety pojechałyśmy do domu.

Morał z tego taki: chcesz uratować psa, zagoń go w krzaki. A tak na serio, sami widzicie, że to nie takie proste. Samotny pies na drodze przeważnie jest porzucony, wystraszony, zdezorientowany i będzie reagował nieprzewidywalnie. Oczywiście spróbować trzeba, ale z pomysłem i rozmysłem, a przede wszystkim tak, żeby samemu nie skończyć jako mokra plama na drodze. Przyda się pomocnik, kamizelka odblaskowa, kawałek sznurka, a przede wszystkim zimna krew, o którą w takiej sytuacji najtrudniej, wierzcie mi. Jeśli pies da się złapać, super, jeśli nie, spróbujmy go przynajmniej zgonić z jezdni.
Trafiają się też psy w totalnym amoku: tak zmęczone i zrezygnowane, że nic do nich nie dociera. Biegną środkiem, jakby szukały śmierci, i być może tak jest. Takiego psa bardzo trudno złapać, mnie się nie udało – bo spotkałam kiedyś takiego zombie. Poczytuję sobie za sukces, że w ogóle zboczył z drogi. Nie zdołałam go dogonić.

Gdyby akcja miała miejsce na trasie szybkiego ruchu, w ogóle nie próbujmy niczego sami, bo ratując psa możemy posłać na tamten świat siebie albo czteroosobową rodzinę z małymi dziećmi. Na ekspresówce czy autostradzie najlepszym pomysłem będzie bystro się rozejrzeć, ustalić, który to kilometr trasy, między jakimi zjazdami, w którym kierunku i koło jakiego billboardu, i zawiadomić służby. A potem trzymać kciuki i wyobrażać sobie pozytywne zakończenie. 

Ranny zwierzak – na drodze i nie tylko
Jeśli znajdziemy rannego zwierzaka, albo, nie daj boże, sami potrącimy kogoś autem, też trzeba pamiętać o paru zasadach: po pierwsze, tak jak wyżej, zapewnić sobie bezpieczeństwo, żeby i nas coś nie rozjechało, po drugie, zaopatrzyć się w płachtę, na której położymy zwierzaka, żeby nie zrobić mu większej krzywdy – być może trzeba będzie go zawinąć, unieruchomić, trzeba też mieć na uwadze, że ranne zwierzę może być agresywne, więc przydadzą się rękawiczki. Jednym słowem, trzeba bardzo uważać, bo jeśli zostaniemy pogryzieni, będzie nieciekawie. No i trzeba wiedzieć, dokąd nieszczęśnika odwieźć: albo do schroniska (jeśli wiemy, że dostanie tam pomoc – patrz post o schroniskach) albo do lecznicy. Dobrze byłoby mieć wiedzę, gdzie w naszej okolicy znajduje się całodobowa przychodnia dla zwierząt, ale wtedy musimy się liczyć z kosztami.

Oczywiście jeśli sami nie jesteśmy w stanie udzielić pomocy, trzeba wezwać odsiecz. Mało kto ma w telefonie zaprogramowany numer do schroniska, ale można (trzeba!) zadzwonić do straży miejskiej, pożarnej, na policję – ogólnie do tzw. „służb”, które albo odeślą nas pod właściwy adres, albo same przekażą zgłoszenie odpowiedniej instytucji działającej na danym terenie.  

Zdaję sobie sprawę, że temat potraktowałam mizernie; może napiszę kiedyś o pierwszej pomocy, ale najpierw sama muszę się doszkolić. Do tej pory moja pomoc „roadkillom” sprowadzała się do stwierdzenia zgonu.

Ranne dzikie
Powyższe wskazówki dotyczą właściwie tylko zwierzaków domowych. Schroniska i zwykłe przychodnie weterynaryjne nie zajmują się zwierzętami dzikimi – takie przypadki należy zgłaszać straży miejskiej lub policji – a poza tym dzika, sarny czy lisa lepiej nie próbować ratować samemu. Jeśli chodzi o okolice Trójmiasta, ptakami i drobnymi ssakami (jeże, zające, wiewiórki) zajmuje się ośrodek OSTOJA w Pomieczynie, przychodnia weterynaryjna w Gdańsku na Diamentowej i w Gdyni na Stryjskiej.

Jeśli ktoś ma coś do dodania albo uważa, że wypisuję farmazony, zapraszam do komentowania. 

CDN

Brak komentarzy: