poniedziałek, 14 października 2013

Jak pomagać, żeby potem móc spojrzeć w lustro - część 4

Ciąg dalszy małego poradnika o pomaganiu zwierzakom – dziś będzie o schroniskach.

No więc, znaleźliśmy zgubionego psa. Kota, fretkę, króliczka… Pierwsze, co przychodzi nam do głowy i co słyszymy od wszystkich dookoła, to ODWIEŹĆ DO SCHRONISKA. W utopijnej rzeczywistości, w idealnym świecie rzeczywiście byłoby to bezdyskusyjne rozwiązanie: umieścić zwierzaka w miejscu, gdzie ma największe szanse na odnalezienie przez właściciela i gdzie zajmą się nim profesjonalni opiekunowie. Nie żyjemy w utopii. 

Schroniska, nawet w najlepszym wydaniu, są dla zwierzaka miejscem strasznym. Oczywiście jeśli sami nie mamy warunków, by przechować znajdę, często nie ma wyjścia, ale uwaga: mimo ustawowego obowiązku opieki nad bezdomnymi zwierzętami nie każda gmina ma odpowiednie fundusze, by we właściwy sposób o to zadbać, nie każde schronisko jest prowadzone przez miłośników zwierząt, nie każdy zwierzak przetrwa zderzenie z, oględnie mówiąc, nieciekawą schroniskową rzeczywistością. Oczywiście w tych dobrych schroniskach (takich jak Ciapkowo w Gdyni) pracują ludzie z pasją i powołaniem, ludzie, którzy stają na rzęsach, by podopieczni możliwe szybko trafiali do dawnych bądź nowych domów i by stres nie zabił tych niezahartowanych. Ale powtarzam, nie każde schronisko działa w taki sposób, w wielu miejscowościach są to prywatne firemenki nastawione na uzyskanie od gminy maksymalnych funduszy przy minimalnych kosztach funkcjonowania. I zdarza się, że prowadzą je ludzie, dla których nazwa „hycel” nie jest obraźliwa.  

Dlatego zastanówmy się pięć razy i dokładnie zasięgnijmy języka, jak funkcjonuje schronisko w naszej okolicy. Być może ktoś znajomy będzie w stanie przechować zwierzaka, być może schronisko w sąsiedniej gminie cieszy się lepszą opinią – jednak w tym drugim przypadku, odwożąc tam znajdę, będziemy musieli nakłamać co do miejsca znalezienia psa czy kota, bo każde schronisko odpowiada za swój rejon (jest finansowane przez konkretną gminę).

Trochę inaczej – i może prościej z emocjonalnego punktu widzenia – wygląda sprawa w wypadku zwierzaków dzikich, niby domowych, ale autentycznie bezdomnych. Istnieje w Polsce pojęcie „wolno bytującego kota” i takich schroniska nie przyjmują. Kotom wolno żyć, jak chcą. W przypadku psów raczej się do tego nie dopuszcza, bo jeśli jest ich za dużo, tworzą watahy, które mogą być niebezpieczne – takie psy są wyłapywane na zlecenie gminy i rzeczywiście lądują w schroniskach, podśpiewując: na dobre i na złe, znajdę wreszcie, czy tego chcę czy nie, swoje miejsce… Takimi psami zajmują się więc odpowiednie organa i jeśli są całe i zdrowe, najlepiej – moim zdaniem – mieć je w nosie, bo być może tylko wyglądają na bezdomne (pańcio spod budki z piwem nie pomyślał o obróżce albo piesek akurat jest w cugu za suczką, i kiedy ochłonie, wróci do domu). Oczywiście jeśli już się uprzemy i złapiemy takiego psa, oddajemy do najlepszego możliwego schroniska (bo domowych manier się raczej nie nauczy) i godzimy się z faktem, że pomieszka tam do smętnego końca życia, bo nikt go nie będzie szukał i nikt go nie adoptuje. Sami musimy rozstrzygnąć, czy naszym zdaniem będzie szczęśliwszy samopas na śmietnikowym wikcie, czy w kennelu, gdzie będzie miał budę, żarcie, kolegów i 2 metry kwadratowe do dyspozycji – co może nie jest takim najgorszym losem, ale przecież go nie spytamy, co woli. Znaczy, spytać można zawsze…

O mamo, planowałam parę słów o pomaganiu, maksymalnie dwie części, a to się pisze i pisze, i końca nie widać. Jeszcze dzikie, ranne, wsiowe – no dobra, dźwigniemy to jakoś, Zuzło i ja.  

Brak komentarzy: