Ciąg dalszy małego poradnika o
pomaganiu zwierzakom – dziś będzie o schroniskach.
No więc, znaleźliśmy zgubionego
psa. Kota, fretkę, króliczka… Pierwsze, co przychodzi nam do głowy i co słyszymy
od wszystkich dookoła, to ODWIEŹĆ DO SCHRONISKA. W utopijnej rzeczywistości, w
idealnym świecie rzeczywiście byłoby to bezdyskusyjne rozwiązanie: umieścić
zwierzaka w miejscu, gdzie ma największe szanse na odnalezienie przez
właściciela i gdzie zajmą się nim profesjonalni opiekunowie. Nie żyjemy w utopii.
Schroniska,
nawet w najlepszym wydaniu, są dla zwierzaka miejscem strasznym. Oczywiście
jeśli sami nie mamy warunków, by przechować znajdę, często nie ma wyjścia, ale
uwaga: mimo ustawowego obowiązku opieki nad bezdomnymi zwierzętami nie każda
gmina ma odpowiednie fundusze, by we właściwy sposób o to zadbać, nie każde
schronisko jest prowadzone przez miłośników zwierząt, nie każdy zwierzak
przetrwa zderzenie z, oględnie mówiąc, nieciekawą schroniskową rzeczywistością.
Oczywiście w tych dobrych schroniskach (takich jak Ciapkowo w Gdyni) pracują
ludzie z pasją i powołaniem, ludzie, którzy stają na rzęsach, by podopieczni możliwe
szybko trafiali do dawnych bądź nowych domów i by stres nie zabił tych
niezahartowanych. Ale powtarzam, nie każde schronisko działa w taki sposób, w
wielu miejscowościach są to prywatne firemenki nastawione na uzyskanie od gminy
maksymalnych funduszy przy minimalnych kosztach funkcjonowania. I zdarza się,
że prowadzą je ludzie, dla których nazwa „hycel” nie jest obraźliwa.
Dlatego zastanówmy się pięć
razy i dokładnie zasięgnijmy języka, jak funkcjonuje schronisko w naszej
okolicy. Być może ktoś znajomy będzie w stanie przechować zwierzaka, być może
schronisko w sąsiedniej gminie cieszy się lepszą opinią – jednak w tym drugim
przypadku, odwożąc tam znajdę, będziemy musieli nakłamać co do miejsca
znalezienia psa czy kota, bo każde schronisko odpowiada za swój rejon (jest
finansowane przez konkretną gminę).
Trochę inaczej – i może
prościej z emocjonalnego punktu widzenia – wygląda sprawa w wypadku zwierzaków
dzikich, niby domowych, ale autentycznie bezdomnych. Istnieje w Polsce pojęcie „wolno
bytującego kota” i takich schroniska nie przyjmują. Kotom wolno żyć, jak chcą.
W przypadku psów raczej się do tego nie dopuszcza, bo jeśli jest ich za dużo,
tworzą watahy, które mogą być niebezpieczne – takie psy są wyłapywane na
zlecenie gminy i rzeczywiście lądują w schroniskach, podśpiewując: na dobre i
na złe, znajdę wreszcie, czy tego chcę czy nie, swoje miejsce… Takimi psami
zajmują się więc odpowiednie organa i jeśli są całe i zdrowe, najlepiej – moim zdaniem
– mieć je w nosie, bo być może tylko wyglądają na bezdomne (pańcio spod budki z
piwem nie pomyślał o obróżce albo piesek akurat jest w cugu za suczką, i kiedy ochłonie,
wróci do domu). Oczywiście jeśli już się uprzemy i złapiemy takiego psa,
oddajemy do najlepszego możliwego schroniska (bo domowych manier się raczej nie
nauczy) i godzimy się z faktem, że pomieszka tam do smętnego końca życia, bo
nikt go nie będzie szukał i nikt go nie adoptuje. Sami musimy rozstrzygnąć, czy
naszym zdaniem będzie szczęśliwszy samopas na śmietnikowym wikcie, czy w
kennelu, gdzie będzie miał budę, żarcie, kolegów i 2 metry kwadratowe do
dyspozycji – co może nie jest takim najgorszym losem, ale przecież go nie
spytamy, co woli. Znaczy, spytać można zawsze…
O mamo, planowałam parę słów o
pomaganiu, maksymalnie dwie części, a to się pisze i pisze, i końca nie widać.
Jeszcze dzikie, ranne, wsiowe – no dobra, dźwigniemy to jakoś, Zuzło i ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz