piątek, 11 października 2013

Primum... a dupa tam, to już nudne - część 3

Poradnika ciąg dalszy. Poprzednia część była raczej o tym, czego nie robić; być może bardziej przyda się parę słów, co robić, jeśli już się robi.

Zgubione/znalezione
Pewnie nie tylko my i nasi znajomi mamy takie szczęście (czy też niefart), że od czasu do czasu znajdujemy zgubionego psa. Z kotami gorzej, zgubiony kot raczej nie pcha się ludziom w oczy i dlatego właścicielowi dużo trudniej go odnaleźć. W każdym razie, dla przejrzystości tekst będzie o psach; oczywiście porady można zastosować do każdego rodzaju zwierzątka: papugi, świnki morskiej, fretki, konia… No dobra, nie zdarzyło mi się nigdy znaleźć konia, a szkoda. Zawsze chciałam mieć kucyka J

Do rzeczy. Jeśli zastanowi nas widok malamuta pędzącego samopas z ciągnącą się smyczą albo pinczerka radośnie wyżerającego resztki ze śmietnika, zaczynamy działać. Złapanie oswojonego psa zwykle nie nastręcza trudności (wiem z doświadczenia), czasem przydaje się do tego pasek od torebki (jeśli ktoś takową nosi) – często zwierzak jest na tyle spragniony pomocy, że po prostu grzecznie idzie za nami. Można się posiłkować czymkolwiek do jedzenia, co akurat mamy pod ręką. Nigdy też nie miałam problemu z zaproszeniem psa do auta.

Kiedy już mamy pewność, że znajda nie ucieknie, dokładnie oglądamy obrożę/szelki w poszukiwaniu identyfikatora. Wielu mądrych właścicieli wyposaża zwierzaka w adres lub nr telefonu. Jeśli nie znajdziemy identyfikatora, udajemy się do najbliższego weterynarza, który sprawdzi, czy pies jest zaczipowany. Dzięki czipowi zwierzak w ciągu paru godzin trafia do domu – naprawdę, widziałam na własne oczy. LUDZIE, CZIPUJCIE PSY! Jeśli jednak i czipa nie ma…

…zaczynają się schody.
Niezależnie od tego, czy mamy w domu warunki do przechowania znajdy, czy nie, obdzwaniamy okoliczne schroniska i zgłaszamy, że znaleźliśmy psa. Porządne schronisko prowadzi ewidencję zgubionych i znalezionych zwierzaków. Osoba dyżurująca przy telefonie powinna wypytać nas o wszystkie szczegóły (wygląd i płeć psa, miejsce i datę znalezienia, o to, w co był „ubrany”) i wziąć od nas telefon kontaktowy. Zwykle schronisko jest pierwszym miejscem, w którym właściciele szukają zguby, i dobrze sporządzona notatka może szybko doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. To też widziałam na własne oczy. Czy warto odwieźć psa do schroniska, czy nie, zależy od paru czynników, ale nie wszystko naraz.
W następnej kolejności robimy psu twarzową fotkę – przyda nam się do rodzinnego albumu i do jeszcze paru rzeczy. Bo niezależnie od tego, czy pies jest u nas, czy pod opieką innych instytucji, żwawo bierzemy się za dawanie ogłoszeń i produkcję plakatów. Zamieszczamy anonse ze zdjęciem na lokalnych portalach internetowych, dobrze jest też zaliczyć papierowe gazety (osoby starsze często nie korzystają z netu), a plakaty czy ulotki rozlepiamy po okolicy w sensownych, przemyślanych miejscach. Przede wszystkim w okolicznych (mowa o okolicy znalezienia psa) przychodniach weterynaryjnych, pod supermarketem, pocztą, przystankiem autobusowym, halą garażową, w parku. Dobrze jest chwilę podedukować, kto może być właścicielem psa, bo jeśli znaleźliśmy upasionego labradora w zawadiackiej bandance, warto dać ogłoszenie pod przedszkolem czy żłobkiem, a jeśli yorczka z różową kokardką, może warto uwzględnić solaria (broń boże nie etykietuję nikogo – po prostu w takich sytuacjach obserwacje dookolnego świata bywają pomocne). Jest też parę cech, które z dużym prawdopodobieństwem identyfikują tzw. babciowe pieski: nie mają czipa, są ubrane raczej w obrożę niż szelki, bywają grubawe i nierasowe (umówmy się: koszmarnie słodkie brzydactwa z chowu wsobnego), zimą często w ubranku. Wtedy uderzamy do apteki, kiosku, przychodni dla ludzi i nastawiamy się głównie na papierowe media.
A potem sami zaczynamy lekturę ogłoszeń, plakatów, ulotek i trzymamy kciuki.

UWAGA: kiedy zgłosi się właściciel, nie oddajmy mu psa bez weryfikacji; dokładnie wypytajmy o obrożę, okoliczności, znaki szczególne, sprawdźmy, czy pies reaguje na podane imię. Szczególnie w przypadku drogiej, rzadkiej rasy.

Jeśli po 2-3 tygodniach pies ciągle jest u nas, to albo już zostanie, bo tak go kochamy, że zaczynamy cichaczem usuwać ulotki, albo powoli, z pomocą odpowiednich instytucji, zaczynamy mu szukać dobrego domu. W schronisku go już nie wezmą – musielibyśmy nakłamać, że znaleźliśmy go najdalej wczoraj. Z instytucjonalnego punktu widzenia po tak długim czasie to już jest czyjś (nasz) pies, a czyichś psów w schroniskach nie przyjmują. Pomijając już fakt, że wyszlibyśmy na oprawców bez serca i długo nie moglibyśmy spojrzeć w lustro.

Zuzło mi tu burczy, że włączył mi się słowotok. Może i tak. Blog się rozwija, blog się rozrasta, bo każdy bloger, to… tralalala. O schroniskach będzie w kolejnym poście. Na dowód skuteczności wyżej opisanych metod załączam fotki (mówiłam, że się przydadzą J) dwóch piesków, które udało nam się zwrócić właścicielom. 

Siurek. Nie pytajcie, dlaczego. Niech wskazówką będzie gazeta w tle...

No dobra, naściemniałam, zdjęcie Miśki mi wcięło. 
To jest maszkaron psa. Też uroczy

Brak komentarzy: