czwartek, 10 października 2013

Primum non nocere, czyli o pomaganiu - część 2

No więc, co ja wiem o pomaganiu?

Niestety dużo. I pomyślałam, że warto by tę moją wiedzę przekazać zainteresowanym – może dzięki temu ustrzegą się wpadek, jakie ja mam na koncie. Stare przysłowie pszczół mówi, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, i rzeczywiście, czasem dobre chęci to za mało. Dlatego, bazując na doświadczeniach swoich i przyjaciół, spróbuję skompilować mały poradnik.

Dokarmianie
Niby takie proste, co? Wystawiamy miskę, sypiemy żarcie i po bólu. A jednak nie do końca. Z kotami trochę jak z ptakami: jeśli już decydujemy się na dokarmianie, to tylko pod warunkiem, że stać nas na żelazną konsekwencję. Że nie mamy w planach wyprowadzki. Że nie przeszkadza to sąsiadom, którzy mogą naszą pomoc ukrócić. Kot, podobnie jak inne zwierzaki, działa jak automat. I zaprogramować go stosunkowo łatwo, tylko nie ma guzika reset. Jeśli przyzwyczai się, że w jakimś miejscu ma wyżerkę, będzie na nią czekał. Czasem parę dni, zaniedbując poszukiwania, polowania i inne po. A dla kota parę dni bez żarcia może być wyrokiem, szczególnie zimą; jeśli w porę nie znajdzie niczego konkretnego, po prostu zamarznie. Pomijając już nawet fakt, że kot musi jeść codziennie, inaczej dochodzi u niego do uszkodzeń wątroby. Tak już jest skonstruowany: przystosowany do małych, częstych zdobyczy – inaczej niż pies, który teoretycznie ma zapisane w genach, żeby nafutrować się raz na tydzień razem z całym stadem i który bez większych szkód (na ciele) znosi kilkudniową głodówkę. (Uwaga, oczywiście jeśli ktoś wypisuje takie rzeczy, nie ma to na celu zachęcania do głodzenia psów, a wszelkie „naukowe” informacje należy samodzielnie zweryfikować i przemyśleć. Ja tu tylko powtarzam plotki.)
Jeśli już dokarmiamy, pamiętajmy o wodzie – w miastach bardzo o nią trudno, szczególnie jeśli dawno nie padało albo jest mróz.

Schronienie
Na osiedlach pojawia się coraz więcej domków dla kotów. W Gdańsku rozdaje je nawet Urząd Miasta, wystarczy mieć zgodę zarządcy terenu. Świetna sprawa, ale tu znów warunek. Trzeba mieć świadomość, że u kotów dobrobyt = rozmnażanie (odwrotnie niż u ludzi). Ergo, stawiając domek bierzemy na siebie obowiązek sterylizacji towarzystwa, rozdawania kociąt, bądź też godzimy się z przyrostem naturalnym i koniecznością stania całą dobę na straży z flintą, bo jeśli nasza wesoła gromadka zanadto się rozrośnie, prędzej czy później przyjdzie Zły Sąsiad i zrobi kotkom kuku. Tak, nie wszyscy kochają koty. Statystyk nie znam, ale roboczo i z powietrza można chyba przyjąć, że jedna osoba na 20 nie życzy sobie kociarni pod oknem.
Tak więc jeśli nie jesteśmy emerytką z prawem własności do kawałka wspólnoty i z siłą przebicia czołgu… Zresztą, to każdy musi rozważyć we własnym sumieniu. Czasem lepiej w trakcie największych mrozów cichaczem otworzyć okienko w piwnicy i rżnąć głupa przed panią Kazią z parteru, której ciągnie po nogach.

Sterylizacja
Gdańsk jeszcze do niedawna refundował sterylizację bezdomnych kotów – wystarczyło takiego kota złapać, zanieść do weta lub schroniska, a potem zapewnić mu opiekę na czas rekonwalescencji. O ile wiem, program przestał działać (podobnie jak rozdawnictwo torebek na psie kupy, bo jakoś nie mogę ich nigdzie dopaść) ale może się mylę. Warto się zorientować, czy Wasza gmina zwraca koszta takich operacji, chyba że jesteście zamożni i Wam to rura. Jeśli macie chęci i możliwości, a na Waszym podwórku co wiosnę kłębią się kociaki, warto złapać producentkę i załatwić sprawę – z pewnością odetchną wszyscy dookoła, łącznie z samą zainteresowaną. Ale tutaj jedna uwaga: trzeba się pięć razy zastanowić i rozeznać w sytuacji, zanim wykastruje się kocura. Kot bez jaj staje się… hmm, kotem bez jaj, i jeśli w okolicy mieszka jakiś inny macho (albo, co gorsza, kilku) wyposażony w fabrykę testosteronu, dla naszego kastrata może się to marnie skończyć. W najlepszym razie zostanie przegoniony na sąsiednie podwóro, i na sąsiednie, i na sąsiednie, i tak dalej; w najgorszym mocno poraniony. Tak czy siak, ogólnie będzie miał przerąbane. Być może narażam się teraz kocim feministkom, ale trudno, mogą mi wydrapać oczy.

Poradnika ciąg dalszy nastąpi i będzie trochę o psach. A póki co, w świetle tego wszystkiego, co powyżej, parę słów o domku dla czarnej kici:

Nie planowałam dla niej czteropokojowej willi, jakie rozdaje Urząd Miasta; myślałam raczej o małej, zaizolowanej skrzynce z jakąś ciepłą szmatką, żeby się kicia mogła schować w najgorszy mróz czy ulewę. Udałam się do spółdzielni.

- Dzień dobry, chciałabym postawić budkę dla kota, czy muszę kogoś pytać o zgodę, a jeśli tak, to kogo?
- Oj, przykro mi, oczywiście próbować można, ale Pani Kierowniczka jest bardzo antykocia, więc nie za bardzo…
- A do kogo się mam zwrócić? Może jednak Pani Kierowniczka da się przekonać?
- Proszę napisać podanie do zarządu, może załączyć mapkę, gdzie by to miało być…
- No dobrze, może być nawet zdjęcie satelitarne i projekt architektoniczny, tylko widzi pani, ja nie jestem członkiem spółdzielni, wynajmuję mieszkanie. Mam jakiekolwiek szanse?
- Bardzo niewielkie, najlepiej jakby pani dołączyła petycję, podpisy sąsiadów…

Podziękowałam i poszłam. Nie będę walczyć z wiatrakami, bo jeśli Pani Kierowniczka się zorientuje, że ma koty na osiedlu, może podjąć antykocie działania i wezwać hycla. Podpisów zbierać nie będę, bo jeśli trafię na Złego Sąsiada, będę musiała kupić flintę. Po prostu wykonam samowolkę budowlaną i upchnę ją cichaczem pod gałęzie srebrnego świerka, który rośnie koło śmietnika. Świerk sam z siebie tworzy szczelny namiot, pod którym kicia lubi się chować, a przede wszystkim nie straci igieł na zimę i będzie skutecznie ukrywał kocią skrzynkę – z której, miejmy nadzieję, kicia nie będzie musiała skorzystać. Byle do wiosny J

Brak komentarzy: