środa, 9 października 2013

Primum non nocere, czyli o pomaganiu - część 1

Koło śmietnika naprzeciwko naszego kuchennego okna mieszka sobie czarna kicia z krzywym ogonem. Ma kryjówkę w gęstych krzaczorach, ma wyżerkę w śmietniku, od czasu do czasu dostaje nawet prawdziwą kocią karmę od dwunogich sąsiadów, których jest sporo – w końcu to blokowisko. Nikomu nie wadzi, nikt jej nie zaczepia, żyje sobie spokojnie i dobrze sobie radzi. Co nie zmienia faktu, że trochę się o nią martwię; czasem podrzucę coś na ząb, raczej dla własnej satysfakcji niż dla kociego dobrobytu, bo zagłodzona na pewno nie jest; czasem wystawiam wodę, bo z jej zdobyciem kicia może mieć dużo większy problem niż ze znalezieniem jedzenia, a resztki ludzkiego żarcia przeważnie są słone.

Przyznaję się, że jestem jedną z tych znienawidzonych blokowych bab, co to wiecznie wiszą w oknie i nic się przed nimi nie ukryje. Pracuję w domu, często łażę do kuchni, a jak już lezę, to wyglądam. Dzięki temu któregoś dnia przyuważyłam parkę sympatycznie wyglądających ludzi, którzy wyłowili kicię z krzaków, schowali pod kurtkę i poszli. Nie obyło się bez rozlewu krwi, bo pan, odchodząc, głośno syczał i potrząsał pociętą na strzępy dłonią.

W pierwszej chwili chciałam za nimi biec i pytać, co robią z moim kotem, ale puknęłam się w czoło – przecież z pewnością nie złapali jej w niecnych celach; nie wyglądali na takich, co to leczą korzonki przy pomocy kocich skórek. Ucieszyłam się, że kicia znalazła opiekunów.

Kilka tygodni później kicia wróciła. Zdziwiłam się, ale pomyślałam, że być może byli to kociarze-zapaleńcy i złapali ją do szczepienia i sterylizacji. No dobra, skoro tak… Minęło lato, zaczęłam powoli kombinować, jak by jej tu załatwić jakiś domek na zimę, ale o tym później.

Przedwczoraj spotkałam dwójkę ludzi zaglądających w krzaki (inne krzaki, nie te kiciowe). Ponieważ wyglądali na zatroskanych, spytałam, co się stało.
- Zginął nam kot, ale to już dawno, tak tylko się rozglądamy.
- A jaki? Bo znam tu kilka w okolicy….
- Czarna kotka. Ale nie ta ze śmietnika z krzywym ogonem.
W tej chwili skojarzyłam, że to porywacze czarnej kici. Jak to kociozapaleńcy (bo koty integrują lepiej niż fajki na przerwie w pracy) wdaliśmy się w gadkę i dowiedziałam się, że porwali kicię, bo wzięli ją za tę swoją, zaginioną. Hmm, no dobra, niech będzie. Ja bym się zastanowiła, dlaczego mój zaginiony kot nie ucieszył się na mój widok, ale ja to ja. Tak czy inaczej, potrzymali kicię w domu, odkarmili, podleczyli, po czym wypuścili z powrotem w krzaki, bo, jak to wytłumaczyli, „bały się jej ich dzieci”. A podrapany pan nawet brał zastrzyki. Wyraziłam współczucie, bo musieli mieć w domu niezły hardcore. A czy wysterylizowali?
- Ehmm, niee, jakoś nie…
Rozmowa dziwnie szybko się zakończyła.

Jestem daleka od oceniania tych państwa. Chcieli dobrze, zrobili, co mogli, przeżyli zapewne parę piekielnych tygodni z dzikim stworzeniem w domu, kota bardzo nie skrzywdzili, bo trzymali go za krótko, żeby oduczył się radzić sobie sam. Może tylko trochę utrudnili zadanie komuś, kto będzie chciał złapać kicię do sterylizacji, bo zrobiła się bardzo nieufna. Poczuwają się, i owszem, dokarmiają, tylko jakby coraz rzadziej. Wspomnieli, że niedługo będą się wyprowadzać. Chyba im trochę ulżyło, kiedy się dowiedzieli, że ktoś jeszcze ma na kicię oko. Ot, dobrzy, przyzwoici ludzie, tyle że mają inne priorytety. I jak to dobrzy, przyzwoici ludzie, na pewno mają wyrzuty sumienia, że to wszystko wyszło nie całkiem tak, jak chcieli. I nie po to opisuję tę historię, żeby wynikł z niej jakiś morał. Po prostu dała mi do myślenia na temat: co ty, kurwa, wiesz o pomaganiu? 
  
Ale o tym następną razą. 

Brak komentarzy: