Koło śmietnika naprzeciwko
naszego kuchennego okna mieszka sobie czarna kicia z krzywym ogonem. Ma
kryjówkę w gęstych krzaczorach, ma wyżerkę w śmietniku, od czasu do czasu dostaje
nawet prawdziwą kocią karmę od dwunogich sąsiadów, których jest sporo – w końcu
to blokowisko. Nikomu nie wadzi, nikt jej nie zaczepia, żyje sobie spokojnie i
dobrze sobie radzi. Co nie zmienia faktu, że trochę się o nią martwię; czasem
podrzucę coś na ząb, raczej dla własnej satysfakcji niż dla kociego dobrobytu,
bo zagłodzona na pewno nie jest; czasem wystawiam wodę, bo z jej zdobyciem
kicia może mieć dużo większy problem niż ze znalezieniem jedzenia, a resztki
ludzkiego żarcia przeważnie są słone.
Przyznaję się, że jestem jedną
z tych znienawidzonych blokowych bab, co to wiecznie wiszą w oknie i nic się
przed nimi nie ukryje. Pracuję w domu, często łażę do kuchni, a jak już lezę,
to wyglądam. Dzięki temu któregoś dnia przyuważyłam parkę sympatycznie wyglądających
ludzi, którzy wyłowili kicię z krzaków, schowali pod kurtkę i poszli. Nie obyło
się bez rozlewu krwi, bo pan, odchodząc, głośno syczał i potrząsał pociętą na
strzępy dłonią.
W pierwszej chwili chciałam za
nimi biec i pytać, co robią z moim kotem, ale puknęłam się w czoło – przecież z
pewnością nie złapali jej w niecnych celach; nie wyglądali na takich, co to leczą
korzonki przy pomocy kocich skórek. Ucieszyłam się, że kicia znalazła
opiekunów.
Kilka tygodni później kicia
wróciła. Zdziwiłam się, ale pomyślałam, że być może byli to kociarze-zapaleńcy
i złapali ją do szczepienia i sterylizacji. No dobra, skoro tak… Minęło lato, zaczęłam
powoli kombinować, jak by jej tu załatwić jakiś domek na zimę, ale o tym później.
Przedwczoraj spotkałam dwójkę
ludzi zaglądających w krzaki (inne krzaki, nie te kiciowe). Ponieważ wyglądali
na zatroskanych, spytałam, co się stało.
- Zginął nam kot, ale to już
dawno, tak tylko się rozglądamy.
- A jaki? Bo znam tu kilka w
okolicy….
- Czarna kotka. Ale nie ta ze
śmietnika z krzywym ogonem.
W tej chwili skojarzyłam, że to
porywacze czarnej kici. Jak to kociozapaleńcy (bo koty integrują lepiej niż
fajki na przerwie w pracy) wdaliśmy się w gadkę i dowiedziałam się, że porwali
kicię, bo wzięli ją za tę swoją, zaginioną. Hmm, no dobra, niech będzie. Ja bym się zastanowiła, dlaczego mój zaginiony kot nie ucieszył się na mój widok, ale ja to ja. Tak czy inaczej, potrzymali
kicię w domu, odkarmili, podleczyli, po czym wypuścili z powrotem w krzaki, bo,
jak to wytłumaczyli, „bały się jej ich dzieci”. A podrapany pan nawet brał zastrzyki. Wyraziłam współczucie, bo musieli mieć w domu niezły hardcore. A czy wysterylizowali?
- Ehmm, niee, jakoś nie…
Rozmowa dziwnie szybko się
zakończyła.
Jestem daleka od oceniania tych
państwa. Chcieli dobrze, zrobili, co mogli, przeżyli zapewne parę piekielnych tygodni z dzikim stworzeniem w domu, kota bardzo nie skrzywdzili, bo trzymali
go za krótko, żeby oduczył się radzić sobie sam. Może tylko trochę utrudnili zadanie
komuś, kto będzie chciał złapać kicię do sterylizacji, bo zrobiła się bardzo
nieufna. Poczuwają się, i owszem, dokarmiają, tylko jakby coraz rzadziej. Wspomnieli,
że niedługo będą się wyprowadzać. Chyba im trochę ulżyło, kiedy się
dowiedzieli, że ktoś jeszcze ma na kicię oko. Ot, dobrzy, przyzwoici ludzie,
tyle że mają inne priorytety. I jak to dobrzy, przyzwoici ludzie, na pewno mają wyrzuty sumienia, że to wszystko wyszło nie całkiem tak, jak chcieli. I nie po to opisuję tę historię, żeby
wynikł z niej jakiś morał. Po prostu dała mi do myślenia na temat: co ty,
kurwa, wiesz o pomaganiu?
Ale o tym następną razą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz