No dobra, miało być o
poczekalniach u wetów. Bo to miejsca specyficzne i oblegane przez specyficzną
klientelę. Nie mówię o pacjentach – pacjenci są normalni. Siedzą mniej lub
bardziej grzecznie na smyczach, w transporterach, na kolanach, w kocykach i
ręcznikach, przeważnie wystraszeni, często cierpiący – w końcu to poczekalnia u
lekarza.
Dużo ciekawszym zjawiskiem są
pańcie (z rzadka pańciowie; nie stworzyłam jeszcze sensownej teorii, dlaczego
do wetów ze zwierzakami chodzą głównie kobiety; pewnie to tak jak z dziećmi,
kwestia podziału obowiązków w rodzinie). Przeważnie są to osoby sympatyczne,
przejęte chorobą pupila – wymieniają się uśmiechami, grzecznymi uwagami,
wyrażają troskę, czasem zrobią smutne oczy i powiedzą „Ojoj, biedulka”. Taka poczekalniana integracja w niewesołych okolicznościach. Często ludzie przychodzą
całą rodziną i to jest bardzo fajne – są to albo parki, dla których zwierzak jest dzieckiem, albo parki z genetycznym przychówkiem, który u weta uczy się
wrażliwości i odpowiedzialności. Bardzo to budujące.
Mnie osobiście trochę irytuje
„typ kynologiczny” – właściciele BAAARDZO rasowych psów, którzy owszem, zerkają
z zaciekawieniem na twój transporter, ale natychmiast tracą zainteresowanie,
kiedy się dowiedzą, że masz tam BAAARDZO nierasowego dachowca, a już nie daj
Boże gryzonia. Osoby takie, kiedy dorwą rozmówcę siedzącego w temacie rasy,
hodowli, wystaw i tak dalej, nawijają jak nakręcone. A czemu ich nie lubię? Bo
bije od nich poczucie wyższości. Oni tu przyszli po karmę za dwie stówy, a nie
z jakimś chorym śmierdziuchem ze schroniska.
Jeśli chodzi o poczekalniany
rodzaj męski, scharakteryzuję jeden typ, który rzuca się w oczy: pańcio
wkurwiony na cały świat. Siedzi nabzdyczony, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego,
szarpie na smyczy psa (bo tacy zawsze z psem, i to sporym), niecierpliwie tupie
nogą i ma za złe. A to „tu obowiązuje kolejka”, a to „co tu tak śmierdzi”, a to
„ile można badać jednego kota”. Ogólnie typek niesympatyczny i ma się ochotę
kopnąć takiego w dupę, żeby nie psuł innym humoru. Ale nie jest najgorszy. O
nie.
O piekło gorsze są pańcie
przepełnione życzliwością do całego świata. One TAK STRASZNIE kochają wszelkie
zwierzątka, że wpakują ci bez pozwolenia łapę w kocyk i pogłaszczą umierającego
kota, zachwycając się, jak grzecznie leży, udzielą najlepszych na świecie rad w
kwestii żywienia wszystkiego co się rusza („ja codziennie kupuję wątróbkę,
specjalnie zamawiam u pani w sklepie na rogu, bo to najlepsze na sierść”),
wypytają z troską, jak długo żyją szczurki i zdziwią się, że „Oj, tak krótko? A
opłaca się w ogóle leczyć?” pochwalą się, jaki ostatnio jadły przepyszny
pasztet z królika („ale z takiej miniaturki to by wiele mięska nie było,
hahaha!”) a przede wszystkim z lubością snują koszmarne opowieści o
męczarniach swoich i cudzych pupili. Im dłużej ktoś zdychał (nigdy umierał) na
raka, tym żywszy rumieniec na licu, im większa masakra po
potrąceniu samochodem, tym głębsza rozkosz w głosie gawędziarki.
W tym czasie ich pieseczek (bo to
raczej pieseczkowe osoby) grasuje samopas po całej poczekalni i robi, co chce:
drze sąsiadkom rajstopy, pcha się do torebek, jazgocze na chore,
zestresowane koty i torbacze* (bo przecież sam jest w doskonałej formie,
przyszedł tylko po receptę na kropelki do czyszczenia uszek) i po każdym
wybryku jest karcony słodkim tniutnianiem „Oj, tititi, nie wolno, chodź do
mamusi”.
Po piętnastu minutach taką osobę chce
się ukatrupić na miejscu, i to jak najboleśniejszą metodą. Typu ćwiartowanie z
posoleniem. Jeśli czas oczekiwania się przedłuża, można niemal zaobserwować,
jak obecnym rosną kolce. Ludzie zaczynają ostentacyjnie wodzić wzrokiem po
suficie, cedzić monosylaby przez zęby. Kiedy taka poczekalniana pijawka nasyci
się już gęstą atmosferą i uzna, że ma lepsze rzeczy do roboty, oznajmia:
- Oj, jak się późno zrobiło.
Pozwolicie państwo, że ja wejdę teraz, tylko na momencik, po receptę.
I w takich chwilach przydaje się
pańcio wkurwiowny na cały świat.
- A co mnie obchodzi, że po
receptę! Ja też tylko po receptę. Tu obowiązuje kolejka. I niech pani weźmie
tego psa na smycz, bo nie ręczę za swojego.
Mina pijawki – bezcenna. A
asertywnego pana ma się ochotę ucałować w oba seksownie zarośnięte policzki.
Czasem człowiek wiele by dał za takiego speca od brudnej roboty J
*Torbacz to mały pies podróżujący
w torbie. Definicję zapożyczam od pana jednego dużego psa podróżującego na
czterech łapach. Psa owego bardzo zadziwiło zjawisko jamnika w kraciastym,
szmacianym transporterku, więc pan mu wytłumaczył. To było naprawdę słodkie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz