piątek, 29 listopada 2013

Styropianowej wojny ciąg dalszy

Bo okazało się, że to jednak wojna i trzeba zejść w jeszcze głębsze okopy. Ech, Kiciu.

Wyjrzałam dziś przez okno kuchenne (jak co pół godziny mniej więcej) i zobaczyłam, że na śmietniku pojawiło się nowe fajne coś. Jakaś pufa czy inny mebelek, nawet z okuciami… Nie, qźwa, mój styropianowy domek. Na nic krzaki i jarzębiny.

Zbiegłam do Pani Sprzątaczki i pytam, czy nie mógłby zostać tam, gdzie stał (mam z Panią Sprzątaczką sztamę poniekąd, bo czasem pomagam jej odśnieżać). A Pani Sprzątaczka na to:
- No ja się tak domyśliłam, że to dla tych kotków-srotków (dosłowny cytat!) ale wie pani, ONA tu łazi i sprawdza, i wie pani.
ONA, czyli antykocia kierowniczka.
- No tak, rozumiem, z kierowniczką się nie wygra. Jak pani ma mieć przez to kłopoty, to jasne, już zabieram ten domek…
- No nie wygra się, ostatnio nas opieprzała, że nie poodśnieżane (dla zobrazowania sytuacji dodam, że śnieg był raz i przez parę godzin, i poodśnieżane było jak się dało, a waliło tak, że nawet obwodnica była zamknięta przez policję – więc macie pojęcie, jaka to pani kierowniczka).
- Trudno – mówię – kicia sobie będzie musiała poradzić.
- A nie może pani tego upchnąć tam pod balkony, za tamte krzaki? To ja bym mogła wtedy udawać, że nie widziałam, bo tu się za bardzo rzuca w oczy. W razie czego powiem, że dopiero co ktoś postawił…

Okej – Pani Sprzątaczka wie najlepiej, czego i gdzie może nie widzieć, a nie chcę, żeby miała przeze mnie problemy. Podziękowałam pięknie, zabrałam domek i tyle. Następny, w ulepszonej wersji (bo już mam pomysł), trafi pod balkony za krzaki, a kici się go „pokaże” przy pomocy jakiejś pachnącej rybki. Na szczęście to dwa kroki dalej, może pomysł chwyci.

A pani kierowniczce życzę, żeby ją przeleciał parszywy kocur z cuchnącym pyskiem. W kolano, oczywiście J

PS. Długo się zastanawiałam, czy walczyć o legalną siedzibę, ale kontrargumenty pozostają w mocy: jeśli się panią kierowniczkę zgnoi na oficjalnej drodze, może po złości zrobić krzywdę kotu, a przecież cały czas o kota tu chodzi. Kicia i bez domku ma spore szanse w miarę spokojnie przetrwać zimę, bo ma jakieś tam schronienie, ma full wyżerki (coraz więcej ludzi składa jej ofiary na śmietniku) i póki co nie ma oficjalnych wrogów. I oby tak dalej. Być może wrócę do pomysłu upchnięcia puchowej kurtki pod świerka – lepsze klika byle jakich schowków niż oficjalny brak jakiegokolwiek. 

Brak komentarzy: