Zuzło i banda nie mogą się doprosić
o jakiegoś sensownego posta. Pańcia nie dość, że buduje jakieś domki dla
jakichś brudnych kocic ze śmietnika, nie dość, że prowadzi drugie życie na
sąsiednim blogu, gdzie nurza się w zimnej wodzie (ble), to jeszcze przyhołubiła
sobie nowe Tamagochi w postaci śmieciowej społeczności na fejsbuku (edit: społeczności już nie ma; Przytul Śmiecia doczekało się 18 członków i po roku zawiesiło działalność) i już w ogóle
nie będzie miała na nic czasu. Ani na zabawę sznurkiem, ani na głaskanie, ani
na pierdzioszki na papugowym brzuszku, ani na gotowanie rosołków… Nie no, stop,
rosołków pańcia nie gotuje, bo jest wege – rosołki to Ciocia Gosia. Jednym
słowem pańcia jest coraz bardziej do niczego. Ostatnio nadaje się tylko do sprzątania
kuwet. No ale dobra, żeby nie było. Chcecie bajki? Oto bajka:
Był sobie kiedyś Krokodyl Benio. Oczywiście
był kotem – nie pisuję na tym blogu o krokodylach – ale miał potężną paszczę i straszne
pazury, więc zdarzało mu się bywać krokodylem. Był wielki, czarny i samotny, i
czasem trochę wredny, ale jak miał być miły, skoro całe dzieciństwo spędził u
Jednej Głupiej Baby? Kiedy Benio trafił do mnie
– jeszcze nie do Nas – minęło trochę czasu, zanim zaczęliśmy się dogadywać, bo
rzucał się na łydki. A że zębiska i pazurzyska miał jak krokodyl… By rzec
krótko: goście go nie lubili.
Przyszedł czas, że Benio stał się
odrobinę za bardzo męski jak na domowe warunki (czytaj: zaczął lać po
ścianach) i został wykastrowany. Ale nie martwcie się, nie licząc usunięcia nieprzyjemnych
efektów zapachowych nie odebrało mu to ani odrobiny męskości. Kiedy życie
podarowało mu harem w postaci trzech młodych, chętnych kić, szybciutko trzeba
było wysterylizować również i je, bo – choć, jak to mawia A., Benio strzelał
ślepakami – w domu działy się dantejskie sceny. Słyszeliście kiedyś odgłosy
kociej miłości? Tak, tak, te upiory i strzygi drące się wiosną z podwórka to
właśnie to. A teraz przenieście to w wyobraźni do małego mieszkania. Sąsiedzi
musieli mieć niezłą zagwozdkę J
W tym czasie byłyśmy już My i powiększenie
rodziny nie obyło się bez zgrzytów. A. z początku bała się Benia. Nie bez
powodu. Po jednym z pierwszych beniowych „przytulasków” długo wyglądała jak heroinistka,
która kłuła się na oślep we wszystkie możliwe żyły. Beniowa akupunktura okraszona
malowniczymi krwiakami nie chciała zejść z przedramienia przez parę tygodni. Oj,
Benio budził respekt. Nawet pies przywieziony w odwiedziny cofnął się w drzwiach
na widok czarnego bydlaka z żółtymi ślepiami.
A. nie dała za wygraną –
postanowiła, że się z nim zaprzyjaźni. I udało się. Chapeau bas, Kochanie. Niepostrzeżenie Krokodyl stał się jej
ukochanym Beniutkiem. Bo rzeczywiście potrafił być słodki: zdarzało mu się
wtulić w szyję i z głośnym mrukotem obślinić cały kołnierzyk. A Agresja? Przez parę lat trzymałyśmy w domu starą zimową kurtkę, która, jak ubranie policyjnego
pozoranta, służyła A. do szarpaniny z Beniem. Uwielbiał to i rzucał się
na brązowy rękaw jak wściekły pies, a nawet skuteczniej: psy nie używają łap do
wypruwania flaków J Te bitwy były najlepszym ujściem dla jego energii.
Gorzej z ujściem dla tej innej
energii J
Po sterylizacji babińca Benio zaczął strzelać ślepakami w kolano. Oczywiście nie swoje.
Czarny bydlak z żółtymi ślepiami.
Benio odszedł od nas parę lat
temu, dzień przed Wigilią. To były bardzo smutne święta. Chociaż właściwie
tylko dla nas dwóch – bo Wiśka, Uma i Papuga odżyły, uwolnione od czarnego
terrorysty. Radośnie brykały po domu, wreszcie nie bojąc się, że Beniowi się
nie spodoba i spuści którejś wpierdol. I brykały tak sobie radośnie chyba z
miesiąc, a potem przyszła Pitka J
6 komentarzy:
Niuniutek :( tesknie za Nim...
No...
i ta jego śmierdząca ślinka:) pieszczoch był:)
to znaczy, nie to, żebym akurat za tą ślinką tak tęskniła:)
(cholera, wyszło na to, że mam dziwne upodobania....:)))
Hehe, rzeczywiście, obśliniał szyję na śmierdząco :) No taki był krokodyl, i już :)
Prześlij komentarz