poniedziałek, 20 stycznia 2014

MRÓZ!!!

Zrobiło się zimno. Cholernie i po cholerę. Wiem, 6 stopni mrozu w nocy to jeszcze nie „Pojutrze”, ale że w ramach zimowych sportów morsuję, wiem, co znaczy chodzić boso po śniegu przy takiej temperaturze. A kiedy się jest kotem i ma się ledwie… hmm, nie wiem, ile krwi ma kot i pozwólcie, że nie będę sprawdzać. Ale niezbyt dużo. I jeśli nie ma się ciepłego schronienia, taka krew szybko stygnie, nawet jeśli ma się futro.

Wracam więc do mojego cyklu o pomaganiu, bo przyszło mi do głowy parę wskazówek, jak skuteczniej opiekować się podwórkową gawiedzią w czasie mrozów. I nie mam tu na myśli chuchania na łapki, chociaż dziś rano wzięłam Hanię na ręce, żeby choć przez chwilkę było jej ciepło.

O budowie styropianowych, łatwych w wykonaniu i tanich domków dla kotów wiemy już wszystko, o tych ciut droższych i bardziej wypasionych też. Wiemy, że kota trzeba karmić regularnie i dlaczego to ważne. Odkąd przyszedł mróz, Hania regularnie dostaje ode mnie mokre żarcie – próbuję czasem dać jej wody, ale mokra karma jest the best i Hania na wodę nawet nie patrzy, co nie znaczy, że nie trzeba próbować. Wbrew przekonaniom niektórych osób kot nie naje się śniegu, kiedy jest spragniony, bo wychłodziłby się przez to na śmierć, a przynajmniej zmarnował na podgrzewanie śniegu w brzuchu mnóstwo energii, która w zimne dni jest na wagę życia. Nie napije się też wody z kałuży na jezdni, bo jeśli przy -5 na jezdni stoi kałuża, to znaczy, że jest SŁONA. A jeśli zdesperowany się napije, to bardzo sobie zaszkodzi.

A więc, poić towarzystwo w miarę możliwości (nie ma sensu zostawiać wody na później, bo zamarznie w 10 minut) i dawać mokrą karmę, najlepiej lekko podgrzaną na kaloryferze albo chociaż przy ciele. BROŃ BOŻE Z LODÓWKI. No i czekać, aż zeżrą na miejscu, bo błyskawicznie zrobi się niejadalna i będzie tylko wkurzać podwórkowego nieszczęśnika. Uwaga, nie poimy kotów mlekiem (swoich domowych też). W społeczeństwie ciągle krąży zabobon, że jak kotek, to pije mleczko. Owszem, lubi, ale ono mu szkodzi. Krowie białko jest jednym z mocniej uczulających i o ile domowy kot może sobie wylizać łysy placek na brzuchu i nogach, bo go swędzi skóra, o tyle bezdomny kot bez majtek nie ma szans przeżycia. Oczywiście alergia może się kończyć również groźniejszymi dolegliwościami.

Nie dajcie kotom resztek ze stołu! Ludzkie żarcie jest piekielnie słone, a sól wzmaga pragnienie. A wody nie ma, są co najwyżej słone kałuże, i kółko się zamyka. Wasz kurczaczek może zabić.

Co do suchej karmy, Hania ostatnio dostaje wysokobiałkową. Czyli więcej energii w pigułce niż w zwykłych chrupach, które składają się głównie z mąki (szumnie zwanej „produkty zbożowe"). Suche można zostawić na dłużej – będzie zimne, ale przynajmniej nie zamieni się w lodowatą bryłę.

I pamiętajmy o regularności. Kot, który musi zimą wędrować w poszukiwaniu jedzenia, daleko nie zawędruje. A często spali więcej kalorii, niż taka wyprawa jest warta.

No i jeszcze jedna sprawa, cholernie ważna: koty, i nie tylko koty, szukają ciepła gdzie się da. Jego najbardziej dostępnym źródłem są samochody świeżo „przyjechane” z trasy. Ale nie kończy się na leżeniu na masce. Leży się pod nadkolami, na oponach rozgrzanych od tarcia, a najchętniej włazi się do komory silnika (to specjalność kociąt). Nie muszę wam chyba tłumaczyć, czym się może skończyć drzemka w takim miejscu. Więc proszę: BARDZO uważajcie, jeśli ruszacie z podwórka, na którym urzędują koty. Auto należy obstukać, opukać, zajrzeć pod maskę. I przepraszam, jeśli będziecie teraz mieli jazdę pt „kociątko w silniku”. Lepiej znać to z teorii niż z praktyki. I powiedzcie znajomym. Nawet jeśli mają w nosie koty, może przejmą się kosztami naprawy, bo samochód też nie wychodzi z takiej akcji bez szwanku. 

Gimme da food!

Brak komentarzy: