Zgadało się niedawno, że znajoma
znajomej ma sporą (jak na dzisiejsze czasy) gromadkę dzieci i tak mi ta
rozmowa nasunęła refleksję na temat postrzegania przez „zewnętrze” osób
opiekujących się większą ilością zwierząt. Tych niepożytecznych oczywiście, bo „pożyteczne”
typu świnki czy krówki zwykle mieszkają stadnie i nikogo to nie oburza. No,
może tyko obrońców praw zwierząt.
Uprzedzę z góry, że jeśli ktoś
widzi coś niewłaściwego w porównywaniu dzieci gatunku homo sapiens do zwierząt,
niech dalej nie czyta. Ja obracam się w towarzystwie, w którym oczywiste jest
założenie, że kot emocjonalnie jest mniej więcej porównywalny z trzylatkiem,
pies w porywach sięga pięciu, dzięki czemu czasem udaje mu się prześcignąć
dojrzałością właściciela.
Ale do rzeczy. Na hasło „Mam kota”
zwykle słyszy się odzew „O, fajnie”. Czasem rozmówca dorzuci: „A czy mu nie
smutno tak siedzieć samemu?” Bardzo podobna reakcja jak w przypadku jednego
dziecka: „Ojej, ale jedynacy mają w życiu przewalone. Nie planujecie drugiego?”
Po zażartych bojach z myślami i
budżetem (bo to przecież dwa razy większe wydatki) decydujemy się na
drugie. Przepraszam, drugiego. Kota. No więc, mamy dwa. Reakcje ludzi? „Oo, jak
milutko, ale się super ze sobą bawią, ale słodko razem śpią, fajnie, bo słyszałam/em, że dwa koty się dużo
lepiej chowają niż jeden”, itp. Dopiero po wyjściu z zakociałego domu następują
porozumiewawcze spojrzenia i pomruki w stylu „Nie mają na co pieniędzy wydawać”.
Mijają lata, kotów przybywa.
Czasem jakiejś podwórkowej łajzie zdarzy się ciąża mnoga (jak to u kotów) i los
zsyła więcej niż jednego na raz, a potem jakoś nie sposób się tego pozbyć,
czasem przytrafi się wpadka z ulicy, bo kiedy już się pokocha przynajmniej
jednego kota, nie da się przejść obojętnie obok innego.
Hasło „Mam kota” już dawno
zmieniło się w „Mam koty”, po którym nieodmiennie następuje pytanie „A ile?”.
Odpowiedź coraz trudniej przechodzi przez gardło. Czasem, w przelotnych
interakcjach, można się uciec do zdawkowych ściem. Na przykład taka sytuacja:
przychodzi kurier z paczką, trzeba mu podpisać.
- Proszę wejść do środka i
zamknąć drzwi, bo mi się koty rozbiegną.
- Oo, kici-kici, a ile tych
kotów?
- Trochę tego jest.
Czasem jednak spotykamy kogoś,
kogo nie da się okłamać, bo i tak się kiedyś wyda, a nie chcemy tej osoby zrazić.
Zrazić? Czym można „normalnego” człowieka zrazić bardziej niż wyznaniem, że ma
się PIĘĆ kotów? „Rany boskie, a co to, hodowla? Nie? To co one się tak mnożą
bez kontroli? Nie możecie oddać części do schroniska? Nie mnożą się? Same chciałyście
tyle? Tak bierzecie z ulicy, co podleci? Na litość boską, a
spółdzielnia nie ma na to jakichś przepisów, że nie wolno tyle trzymać w bloku?”
No i nieodmiennie dowcipne: „To wy macie nie pięć kotów, tylko siedem, bo po
jednym w głowie.” Ha ha. "Jeszcze wam tylko założyć po moherowym bereciku". Ha ha ha. I na koniec obowiązkowe, sakramentalne „Skończycie jak
Violetta Villas”. O Dżizas,
ależ mi śmiesznie dosrałeś, przyjacielu.
Naprawdę, od kiedy mamy pięć
kotów z większym szacunkiem traktuję osoby wielodzietne, bo wiem, co muszą
znosić ze strony tych „normalnych”, „rozsądnych”, „zdrowo myślących”. Mimo wszystko
jednak ludzie dzieciaci mają pod tym względem łatwiej, bo na dzieci
psioczyć nie wypada, przynajmniej prosto w oczy. Za oczami oczywiście "króliki", "menelia", "katolstwo" i kto wie co jeszcze, ale skonfrontowany z matką każdy stwierdzi, że dzieci to dobro, to skarb, po
namyśle i przetrawieniu pierwszego szoku część osób wielkodusznie uzna, że jednak masz prawo
zarządzać swoim życiem tak, jak chcesz, bo przecież nie oni się tymi twoimi
bachorami zajmują. Ludzie kociaci nie mają tak różowo. Zawsze się znajdzie
ktoś, kto ci wyliczy, że za przeżartą karmę już miałabyś mieszkanie, kto zacznie
cię posyłać do lekarza, bo z pewnością masz toksoplazmozę (od dzieci
przynajmniej tym nie można się zarazić), albo kto postuka się w
czoło i uzna cię za pieprzniętą lesbę, która zafundowała sobie substytut. Dla zainteresowanych sióstr, które jeszcze na to nie wpadły - na pięć kotów zużywa się mniej więcej tyle instynktu macierzyńskiego, co na jedno prawdziwe. Dziecko, oczywiście.
Drodzy niekociarze, bezdzietni i
małodzietni. Jeśli traficie kiedyś na osobę, która ma większą liczbę dzieci czy
zwierzaków niż wy w swej głębokiej mądrości uważacie za słuszne, powstrzymajcie
się od toksycznych uwag, bo któregoś pięknego dnia, po którymś pięknym docinku
usłyszycie: „Idź sobie, dobry człowieku, swoją drogą, i uczyń to możliwie szybko i zwinnie”,
czyli, tłumacząc na nasze, „spierdalaj w podskokach”.
Ha, przypomniała mi się rozmowa z
pewnym emerytowanym gospodarzem, którego dzieci wzięły na starość do miasta.
Pan ów spacerował sobie po osiedlu, a spacerując widywał mnie z psem. Któregoś dnia
się ośmielił i na moje „dzień dobry” zagaił:
- Pani, tak tu patrzę, że z temi
psami wszyscy chodzo. Opłaca się toto trzymać? I na co to? Przecie nie na
mięso? Do pilnowania? Ale te małe na co?
Spróbowałam cierpliwie wytłumaczyć
zacokanemu panu, po co trzyma się psy w mieście. Nie było łatwo. Zderzenie
światów i światopoglądów, jakby starożytny Egipcjanin próbował dyskutować z… bo
ja wiem? Niech będzie, że z drylownicą. Każde ma swój rozum.
Tak dziś wspominam sobie tę
sytuację i ciekawa jestem, co powiedziałby ów starszy pan na widok pięciu kotów
w mieszkaniu, gdzie nie ma myszy J

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz