niedziela, 22 czerwca 2014

Zuzło przyszło, Zuzło poszło.

Zuzłowy blog nie zniknął, poszedł tylko w odstawkę z przyczyn, na których opis nie ma tu miejsca. Wraca – nie wiem jeszcze, czy na chwilę, czy na zawsze – bo wydarzyło się coś, czego na Zuzłowym blogu nie może zabraknąć. To by było nie fair.

Zuzło umarło.

Ta niby wyczekiwana, wyszydzona na wszystkie boki śmierć przyszła w końcu i wcale nie okazała się świetnym dowcipem. W zeszły czwartek minęły już dwa tygodnie, a ja ciągle na każdą wzmiankę o Zuzłu czuję się, jakbym dostała pięścią w brzuch. Więc staram się nie wzmiankować. Nie wspominać. Wspomnienia zostawiam sobie na później, na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość. A nie jest to łatwe, bo akurat dzieje się remont – niby nic, ale cały czas mam wrażenie, jakbym na siłę wymiatała Zuzło ze wszystkich zakamarków, jakbym chciała, żeby znikło dokumentnie, chociaż wcale nie chcę. Zdzieram poszatkowane tapety, szpachluję ślady pazurów na ścianach, czyszczę obślinione kanty drzwi, wymiatam spod listew kule czarnych i białych kłaków i czuję się jak bezduszny kloc, który nie chce pamiętać swojego kota. To nie tak, Zuźka. Będę cię pamiętać zawsze, tak jak pamiętam Benia, Placka, Diesla i jeszcze parę innych osób. Ale teraz, na chwilę, wolałabym nie wspominać cię naście razy dziennie, bo za bardzo bolisz.

A. radzi sobie jakoś inaczej; świnia ze mnie, bo z nią o tym nie rozmawiam. Nie za bardzo jestem w stanie. Poprosiłam tylko, żeby nie wspominała Zuzła mimochodem – choć to pewnie jej sposób na żałobę. Taki bardziej pogodny, mniej autodestrukcyjny. Ale ja nie mogę. Dla mnie jeszcze nie pora.

Po Beniu przyrzekłam sobie, że kolejny kot, jeśli już będzie umierał śmiercią niegwałtowną, to w domu, w spokoju, w ciepełku, po swojemu. Przyrzekłam sobie, że nigdy więcej. I znowu zwyciężył ten tak zwany pieprzony rozsądek, ten strach, że cierpienie, że nie wiadomo, jak długo to potrwa, że może będę winna niepotrzebnych męczarni. Efekt? Kot umarł w cudzych łapach, na zimnym stole, w miejscu, którego po wszystkich próbach przedłużania życia bał się jak piekła. Podobno nie wiedział, co się z nim dzieje. Sratu-patatu. Niestety wiem, co wiedział, a czego nie, i żaden wet mi nie wmówi, że było inaczej. Wkurza mnie takie pierdolenie – z całym szacunkiem dla naszej pani doktor – nie jestem dzieckiem. Zuzę znowu porwali ci cholerni kosmici, ale tym razem nie oddali. Nawet trupa.

Wiecie, co jest najgorsze? Że nie da się przewinąć czasu (przewijanie to takie określenie z epoki kamienia łupanego, kiedy jeszcze istniały kaseciaki) i zrobić tego jeszcze raz, jak należy. Wiedząc to, co wiem teraz – jak cienka nitka łączyła Zuzło z tym światem – poczekałabym bez paniki, aż sama pęknie. Przepraszam, Zuzia. Umawiałyśmy się na coś innego. Umawiałyśmy się na spokojne spanie aż do końca, i mogło tak być, robiłaś, co się dało, żeby dotrzymać umowy, a ja i tak wymiękłam. Przepraszam.

Przyszedł mi do głowy głupi aforyzm: którego kota kocha się najbardziej? Tego, który właśnie umarł. 




2 komentarze:

mini pisze...

No widzisz, a ja miałam wyrzuty sumienia, że za długo czekałam, bo się uparłam najpierw, że Kubuś na pewno nie ma nowotworu, a później, że Go uratuję niekonwencjonalnie. A teraz myślę, że tyle przeze mnie wycierpiał. Z powodu mojego egoizmu. Tak więc nie wiadomo, która z nas postąpiła słusznie. Obie chciałyśmy jak najlepiej. Może kiedyś spotkamy te nasze zwierzaczki i one nam powiedzą co zrobiłyśmy dobrze, a co źle.

Unknown pisze...

Dzięki Ci, mini, za miłe słowa. Myślę, że Kubuś nie miałby Ci za złe, że dłużej pobył pod Twoim dachem. Zwierzaki spotkamy kiedyś na pewno, boję się tylko, że dostanę wtedy od nich niezły opieprz :)