poniedziałek, 28 października 2013

Gender

W nawiązaniu do pomagania wypadałoby jeszcze napisać dwa słowa o weterynarzach.

Otóż, tak jak nie każdy ksiądz jest świętym człowiekiem, nie każdy weterynarz jest miłośnikiem zwierząt. Proszę się nie obrażać i nie obruszać – mam na myśli nieliczne przypadki, głównie relikty z czasów i miejsc, kiedy (i gdzie) obowiązki weterynarza polegały głównie na inseminacji krów i przybijaniu pieczątek na półtusze. Czasy bardzo się zmieniły, teraz na weterynarię idzie się częściej z powołania niż z braku lepszego pomysłu na życie i można się specjalizować nawet w myszach i żółwiach, nie tylko w półtuszach. Co do miejsc, nawet pod strzechy miejscowości poniżej stu tysięcy zawitały już gabinety dla domowych pupili. Kiedyś było ciężko. Wybieranie się z połamanym kundelkiem do doktora od półtusz oględnie mówiąc mijało się z celem. Taki ktoś w najlepszym razie za zwierzę godne ratunku uznawał owczarka niemieckiego, tudzież rozpłodowego persa. W najgorszym – nie. I nie płacz mi tu, dziecko, przecież to TYLKO zwierzę. 

Niemniej, nawet w pięknym i dużym 3mieście przeżyłam jakieś 10 lat temu przygodę niewiarygodną.

Do jednego z wynajmowanych przeze mnie mieszkań przyszła któregoś dnia Ruda. Piękna, puchata i ruda. Szybko okazało się, że Ruda na tych śmieciach bawi dłużej ode mnie, jest znana wszystkim sąsiadom i mojej gospodyni i pomieszkuje na zmianę w sąsiedzkich domach, zależnie od kaprysu. Była trochę dziwna z charakteru, miała różne odpały - na przykład nie chodziła po dywanach. Zawsze obok. Często bywała naburmuszona i taka jakaś kocurzasta, ale zrzucałam to na fakt, że jest niczyja i po prostu niezbyt przytulaśna. Bywają i takie.  

Wypytałam, kogo się dało, i dowiedziałam się, że kicia jest młoda, teoretycznie bezdomna, ale sypia po ludziach i ogólnie sobie nie krzywduje, bo wszyscy ją lubią. Zabrałam Rudą do najbliższej przychodni na szczepienie i ogólny health check, i okazała się być Rudą zdrową jak koń. 

Minęło parę tygodni, przyszła wiosna, lada moment w oczy zajrzałaby nam ruja. Pomyślałam, że Rudą warto wysterylizować, dopóki nikt jej nie puknął, a że miałam akurat trochę kaski, szybciutko wprowadziłam swoje myślenie w czyn. Pan doktor (z asystentką!) zbadał kicię, wziął na salę operacyjną i oddał z zasuwakiem na brzuchu, przy czym jakoś dziwnie omijał mnie wzrokiem.
- Wie pani, ja nie znalazłem blizny, ale ona już chyba była sterylizowana, bo nie znalazłem też macicy ani jajników. Może to była ta nowa metoda z małym nacięciem na boku…
Pośmialiśmy się chwilkę, że mógłby napisać pracę naukową o bezpłciowym kocie, wybuliłam, ile trzeba (pan doktor dał zniżkę, tłumacząc się, że właściwie nic nie zoperował) i umówiłam się na ciąg dalszy.

Parę dni później przychodzę na kontrolę i kolejną szprycę antybiotyku. Pana doktora nie ma, jest kolega współprowadzący przychodnię.
- Dzień dobry, ja właściwie do doktora K. na kontrolę po sterylizacji.
Doktor B. Bierze pacjentkę, zaczyna oglądać, a minę ma coraz dziwniejszą.
- Pani sobie jaja robi? Jaka sterylizacja? Przecież ja rok temu kastrowałem tego KOCURA!

Długo miałam problemy ze spojrzeniem w lusterko. No i Rudej w oczy, przede wszystkim. Na własne usprawiedliwienie powiem tyle, że Ruda miał na imię Ruda, wszyscy dookoła nie wiedzieć czemu uważali go za dziewczynę, a zaglądając mu pod ogon (bo owszem, zrobiłam to, perwera jedna) w puchatym rudym futrze nie stwierdziłam jaj. Z powodów wiadomych. Co na swoje usprawiedliwienie powiedziałby doktor K?

Nie dowiedziałam się, nie miałam z nim więcej przyjemności. I nie szukałam go. Bo i co mogłabym mu powiedzieć? Może to on by mi nawtykał, że podłożyłam mu świnię w postaci trans-kocura i jeszcze mam pretensje…

Ruda na szczęście zgoił się bez powikłań i pozostał dziwnym kotem, który nie chodził po dywanach. Jeszcze dwa lata temu widziałam, że ma się dobrze i rezyduje na tym samym podwórku. 

Historyjkę tę piszę wyłącznie ku przestrodze przed szarlatanami, którzy psują opinię środowisku, a nie po to, by oczerniać weterynarzy, w większości ludzi z sercem, pasją, podejściem i ogromną wiedzą. Takich, jak nasza pani doktor, którą najchętniej sama wybrałabym na swojego lekarza domowego, bo zna się na wszystkim, od alergii po depresję. Jeśli macie w domu nowego czworonogiego, dwuskrzydłego czy łuskowatego przyjaciela, zasięgnijcie języka, do kogo się udać. Czasem wystarczy się przejść pod przychodnię – w poczekalniach dobrych lekarzy zwykle kłębią się tłumy.

A skoro już mowa o poczekalniach u wetów… Ale o tym w następnym poście. 

Brak komentarzy: