W nawiązaniu do pomagania
wypadałoby jeszcze napisać dwa słowa o weterynarzach.
Otóż, tak jak nie każdy ksiądz
jest świętym człowiekiem, nie każdy weterynarz jest miłośnikiem zwierząt.
Proszę się nie obrażać i nie obruszać – mam na myśli nieliczne przypadki,
głównie relikty z czasów i miejsc, kiedy (i gdzie) obowiązki weterynarza
polegały głównie na inseminacji krów i przybijaniu pieczątek na półtusze. Czasy
bardzo się zmieniły, teraz na weterynarię idzie się częściej z powołania niż z
braku lepszego pomysłu na życie i można się specjalizować nawet w myszach i
żółwiach, nie tylko w półtuszach. Co do miejsc, nawet pod strzechy miejscowości
poniżej stu tysięcy zawitały już gabinety dla domowych pupili. Kiedyś było
ciężko. Wybieranie się z połamanym kundelkiem do doktora od półtusz oględnie
mówiąc mijało się z celem. Taki ktoś w najlepszym razie za zwierzę godne
ratunku uznawał owczarka niemieckiego, tudzież rozpłodowego persa. W
najgorszym – nie. I nie płacz mi tu, dziecko, przecież to TYLKO zwierzę.
Niemniej, nawet w pięknym i
dużym 3mieście przeżyłam jakieś 10 lat temu przygodę niewiarygodną.
Do jednego z wynajmowanych przeze mnie mieszkań przyszła któregoś dnia Ruda. Piękna, puchata i ruda. Szybko
okazało się, że Ruda na tych śmieciach bawi dłużej ode mnie, jest znana
wszystkim sąsiadom i mojej gospodyni i pomieszkuje na
zmianę w sąsiedzkich domach, zależnie od kaprysu. Była trochę dziwna z charakteru, miała różne odpały - na przykład nie chodziła po dywanach. Zawsze obok. Często bywała naburmuszona i taka jakaś kocurzasta, ale zrzucałam to na fakt, że jest niczyja i po prostu niezbyt przytulaśna. Bywają i takie.
Wypytałam, kogo się dało, i
dowiedziałam się, że kicia jest młoda, teoretycznie bezdomna, ale sypia po ludziach i ogólnie sobie nie
krzywduje, bo wszyscy ją lubią. Zabrałam Rudą do najbliższej przychodni na
szczepienie i ogólny health check, i okazała się być Rudą zdrową jak koń.
Minęło parę tygodni, przyszła
wiosna, lada moment w oczy zajrzałaby nam ruja. Pomyślałam, że Rudą warto
wysterylizować, dopóki nikt jej nie puknął, a że miałam akurat trochę kaski,
szybciutko wprowadziłam swoje myślenie w czyn. Pan doktor (z asystentką!)
zbadał kicię, wziął na salę operacyjną i oddał z zasuwakiem na brzuchu, przy
czym jakoś dziwnie omijał mnie wzrokiem.
- Wie pani, ja nie znalazłem
blizny, ale ona już chyba była sterylizowana, bo nie znalazłem też macicy ani
jajników. Może to była ta nowa metoda z małym nacięciem na boku…
Pośmialiśmy się chwilkę, że
mógłby napisać pracę naukową o bezpłciowym kocie, wybuliłam, ile trzeba (pan
doktor dał zniżkę, tłumacząc się, że właściwie nic nie zoperował) i umówiłam
się na ciąg dalszy.
Parę dni później przychodzę na
kontrolę i kolejną szprycę antybiotyku. Pana doktora nie ma, jest kolega
współprowadzący przychodnię.
- Dzień dobry, ja właściwie do
doktora K. na kontrolę po sterylizacji.
Doktor B. Bierze pacjentkę, zaczyna oglądać, a minę ma coraz dziwniejszą.
- Pani sobie jaja robi? Jaka
sterylizacja? Przecież ja rok temu kastrowałem tego KOCURA!
Długo miałam problemy ze
spojrzeniem w lusterko. No i Rudej w oczy, przede wszystkim. Na własne
usprawiedliwienie powiem tyle, że Ruda miał na imię Ruda, wszyscy dookoła nie wiedzieć czemu uważali go za
dziewczynę, a zaglądając mu pod ogon (bo owszem, zrobiłam to, perwera jedna) w
puchatym rudym futrze nie stwierdziłam jaj. Z powodów wiadomych. Co na swoje
usprawiedliwienie powiedziałby doktor K?
Nie dowiedziałam się, nie miałam
z nim więcej przyjemności. I nie szukałam go. Bo i co mogłabym mu powiedzieć?
Może to on by mi nawtykał, że podłożyłam mu świnię w postaci trans-kocura i jeszcze
mam pretensje…
Historyjkę tę piszę wyłącznie ku
przestrodze przed szarlatanami, którzy psują opinię środowisku, a nie po to, by
oczerniać weterynarzy, w większości ludzi z sercem, pasją, podejściem i ogromną
wiedzą. Takich, jak nasza pani doktor, którą najchętniej sama wybrałabym na
swojego lekarza domowego, bo zna się na wszystkim, od alergii po depresję.
Jeśli macie w domu nowego czworonogiego, dwuskrzydłego czy łuskowatego przyjaciela,
zasięgnijcie języka, do kogo się udać. Czasem wystarczy się przejść pod
przychodnię – w poczekalniach dobrych lekarzy zwykle kłębią się tłumy.
A skoro już mowa o poczekalniach
u wetów… Ale o tym w następnym poście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz