wtorek, 22 października 2013

Mniejsze Zuzło - poradnika część 6

Pozostała jeszcze kwestia reagowania na krzywdę czynioną zwierzętom przez braci większych. Zresztą, źle mi się napisało, bo bracia z nich tacy, jak ze mnie siostra zakonna. Przez… nie wiem. Jest powiedzonko „człowiek człowiekowi wilkiem”. A człowiek zwierzęciu? Cóż, często katem.

Reagować trzeba zawsze, wszędzie i jak się tylko da. Naszej narodowej świadomości powoli zaczyna świtać, że maltretowanie zwierząt to przestępstwo. Koniec, kropka, nie chce być inaczej. Skończyło się odwracanie wzroku i wzruszanie ramionami.

Czasem najlepszym sposobem – i jedynym, jaki wchodzi w grę – jest rzucenie się z pięściami, zębami i pazurami. I z całą świadomością, że może trzeba się będzie tłumaczyć przed sądem za naruszenie nietykalności bądź zniszczenie mienia. Albo że samemu się oberwie w nos. To mnie akurat nie przeraża. Łaskawy los oszczędził mi do tej pory takiej sytuacji – obiecał, że mnie przed tym uchroni i trzymam go za słowo. Ale gdybym natrafiła na samochód z psem zostawionym w upale, po pięciu minutach oczekiwania na policję wywaliłabym szybę i nie pytałabym się, kogo to zaboli. Policji nie wypada podejmować pewnych działań. Mnie to rura.

W sytuacjach nie zagrażających tu i teraz życiu zwierzęcia lepiej zatrzymać się na moment, wziąć głęboki oddech i się zastanowić. Na przykład taki modny ostatnio temat – psy łańcuchowe. Łańcuch to absolutne zło, zgadzam się w stu procentach, ale niech ta nasza interwencja nie przypomina wypuszczania małpek z laboratorium w środku miasta; pamiętajmy, chodzi nam o dobro psa a nie o własne ego czy udowodnienie właścicielowi, że jest głupi i zły.

Po pierwsze: nie każdy pies jest trzymany na łańcuchu z powodu bezduszności właściciela. Przez chwilę mieszkałam naprzeciwko gospodarstwa pewnej starowinki, która kochała swojego „Misia” nad życie, poiła go mlekiem, karmiła kurczakami (że zdechłymi, bo hodowanymi w straszliwych warunkach, to już inna sprawa) i tylko nie wyobrażała sobie, że psa w gospodarstwie można trzymać bez łańcucha. Bo niby jak inaczej – w domu?
Może czasem, jeśli gospodarz jest znajomy i poczciwy, wystarczy go uświadomić, że pies też człowiek. Niektórzy po prostu sami z siebie na to nie wpadli. Owa starowinka może nawet i wpadła, ale humanitarne podejście to luksus, na który nie każdego stać - tak dosłownie, finansowo. Zwyczajnie nie ma kasy na zapewnienie warunków. Bo:

Po drugie: jeśli brak innych zabezpieczeń, spuszczenie z łańcucha psa, który nigdy nie znał wolności, może się dla niego skończyć tragicznie. Na przykład radosnym galopem pod pierwszy nadjeżdżający samochód. Mówiąc krótko i po ludzku: nie każdy ma płot. 

Po trzecie: Nie każdemu właścicielowi łańcuchowego psa zależy na owym psie aż tak, by narażać się na prawne konsekwencje. Zastanówmy się pięć razy, zanim postraszymy kogoś ustawą i policją. Niejeden cwaniak będzie wolał szybko i niehumanitarnie pozbyć się kłopotu niż ryzykować kilkusetzłotowy mandat. W takich wypadkach lepiej nie umoralniać osobiście, tylko cichcem wezwać, kogo trzeba, bo inaczej instytucjonalna odsiecz nie zastanie ani łańcucha, ani budy. Pies? Jaki pies? Panie, w życiu nie miałem psa!

Wracając do starowinki z naprzeciwka: Misiu mieszkał w warunkach dość strasznych. Łańcuch ze 2 metry, goła buda (a mróz był siarczysty), dookoła walające się pozamarzane truchła rzeczonych kurczaków. Po nieudanej i nieprzemyślanej próbie odkupienia go od gospodyni („Niech się dzieje, co chce, komuś go wcisnę”) długo się zastanawiałam, czy wezwać Patrol*. Zrezygnowałam. Pies miał podobno 18 lat. Skoro przeżył poprzednie zimy, najwidoczniej radził sobie z mrozem – kawał byka, futro jak u husky, żarcia do woli – więc użalanie się nad zmarzniętym pieskiem było trochę bez sensu. O spuszczeniu z łańcucha mowy być nie mogło: gospodarstwo bez śladu płotu, z jednej strony las, z drugiej ulica. W tej sytuacji Patrol pewnie zabrałby go do schroniska – ale czy naprawdę by go to uszczęśliwiło? Resztę żywota (zapewne mocno skróconego przez taką „dobroczynną” interwencję) spędziłby w obcym miejscu, z obcymi ludźmi, obcymi psami. O ile w ogóle przeżyłby taki stres. A przecież nie o to chodzi, prawda?

*Trójmiejski Patrol Obrony Praw Zwierząt. Tak, jest taka instytucja. Odsyłam na stronę TPOPZ.pl. Jest na niej mnóstwo użytecznych informacji. W miejscach, gdzie brak tego typu inicjatyw, wzywa się po prostu straż miejską albo policję. Pod warunkiem, że miejscowy Pan Władza nie jest akurat szwagrem Pana Gospodarza.

A tu sweet focia na pociechę po ciężkich klimatach.

Brak komentarzy: