Dawno nie było o Zuzłu, a
przecież to jego blog.
Sytuacja domowa zmienia się ukradkiem
i ciężko nam się zdecydować, czy na lepsze, czy nie. Lepiej jest pod tym względem, że
Zuzło coraz mniej zagraża. Przestało być naczelnym strachem, a wręcz samo jest straszone.
Pitka nauczyła się stawiać własne pole siłowe w progu salonu; stróżuje na fotelu
przy drzwiach i przekroczenie przez Zuzło niewidzialnej bariery karane jest
natychmiastowym nalotem na zuzłowy kwadratowy łeb. Kiedy więc Zuzło chce pobyć
z ludźmi i posiedzieć w salonie w ulubionym kącie, musi się teleportować na
naszych rękach.
Wisia, Uma i Papuga z przyzwyczajenia jeszcze rozglądają się niepewnie po ciemnych zakamarkach, ale w zasadzie nie mają się już czego bać, bo Zuzło nie atakuje.
A czemu to źle? Otóż, Zuzło nie
atakuje, bo jest go coraz mniej. Nie cieleśnie. Nie – w tym aspekcie go nie
ubywa. Ale coraz więcej czasu spędza na przedmieściach tamtego świata, śpiąc
jak kamień przez 23 godziny na dobę. Wstaje tylko na chwilę, zjeść, wydalić i
pomruczeć.
Budzimy Zuzło na siłę, żeby się
spionizowało na cztery łapy, bo inaczej zaczną mu wysiadać narządy wewnętrzne
(z mięśniami już i tak jest marnie, coraz trudniej wywindować się ponad poziom
podłogi) i wmawiamy sobie, że Zuzło śpi tak dużo, bo jest jesień.
Odprowadziłam na Drugą Stronę już
kilka zwierzaków, ale nigdy nie działo się to tak powoli i niepostrzeżenie.
Ciągle mam wrażenie, że Zuzło jeszcze nas zaskoczy, dożyje wiosny i wstanie jak
nowe. Ale tak naprawdę życzenie mam tylko jedno – żeby to się stało tak, jak
się dzieje. Niepostrzeżenie. Któregoś dnia pogłaszczę Zuzło po tym jego kanciastym czerepie, a ono nie zamruczy.
I oby każdy zwierzak miał tak dobry koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz