czwartek, 30 stycznia 2014

Sounds of Zuzło

Kochanie słucha sobie właśnie Dead Can Dance i ów nieco molowy soundtrack wieczorowej pory podsunął mi pomysł na wpis o odgłosach wydawanych przez Zuzło. I nie dajcie się ponieść najprostszemu skojarzeniu: wcale nie chodzi o to, że miaukot Zuzła przypomina śpiew Lisy Gerrard. Nie ma tak łatwo. Po pierwsze – nie miaukot, po drugie – na pewno nie Lisy.

Zuzło wydaje odgłosy przeróżne. Jest kotem bardzo uzdolnionym dźwiękowo, chyba jak żaden inny, i celowo piszę „dźwiękowo”, a nie wokalnie. Zuzłu dużo bliżej do perkusji czy może raczej do beatboxa, bo wszak nie używa żadnych instrumentów prócz własnego ciała.

No więc, mruczy. Owszem. Bardzo chętnie i stosunkowo zwyczajnie, choć oczywiście każdy kot robi to trochę inaczej i potrafiłabym z zamkniętymi oczami rozróżnić nasze koty po mruczeniu. Co zresztą niejednokrotnie czynię nocą, kiedy nie chce mi się wyciągać ręki spod kołdry, by metodą macaną sprawdzić, kto akurat zalega mi na plecach. Mruczeniu dajmy spokój, bo jest nieciekawe.

Drugim odgłosem, na produkcji którego Zuzło spędza niemal całe dnie, jest chrapanie. Regularne, głośne, z ozdobnikami, z bezdechem – gdybym Wam puściła nagranie, dalibyście się wkręcić, że to człowiek. Może tylko częstotliwość się nie zgadza. A tak swoją drogą, ciekawa historia, że od ludzkiego chrapania – nawet jeśli jest to ukochana osoba – można dostać szału i zacząć biegać z siekierą, a chrapanie kota czy psa nie przeszkadza nigdy.

Kiedy Zuzło się budzi, klekocze. Trudno to inaczej nazwać. Klekotanie powstaje w odpowiednich okolicznościach, przy jednoczesnym zaistnieniu ziewania z przeciąganiem. Zuzłu z racji wieku cholernie wszystko sztywnieje podczas snu, trudno mu się rozruszać, więc przeciąganie przypomina drgawki i wymaga takiego wysiłku, jakby Zuzło fizycznie wydrapywało się z sennych czeluści niczym z głębokiego parowu o ścianach pokrytych smołą. Jeśli przy okazji Zuzłu się ziewnie, z jego wnętrza wydobywa się coś w rodzaju „khrpklhrklpmiach”, co dla uproszczenia nazywamy klekotem. 

Przebudzone Zuzło klekocze. 
Zwróćcie uwagę na starczą, kościstą łapę. 

Zuzło nieśpiące kicha, prycha, mlaszcze, ciamka i fuka. To ostatnie jest szczególnie spektakularne, gdy Zuzło widzi wroga. Układa wtedy twarz w bardzo wkurzony dziób i jedzie: fhh-hmf, fhh-hmf, fhh-hmf mniamniamnia.

Są chwile, kiedy Zuzło akurat nie widzi wroga, tylko swoją ukochaną pańcię, która jeszcze na dodatek – o rozkoszy! – zaczyna drapać kota po głowie. Wtedy Zuzło uśmiecha się i mówi „mieh”, ale zupełnie bezdźwięcznie, wyłącznie przy pomocy mlaśnięcia z przydechem. Przez to eskimosko-buszmeńskie miauczenie długo myślałyśmy, że Zuzło nie umie mówić. Okazało się, że to trochę jak w tym dowcipie o niemym chłopcu i kompocie. Kompot zawsze był. A Zuzło po prostu nie miało nic do powiedzenia.

Otóż, przypomnę tutaj, że Zuzło młodnieje. Trafił nam się odwrotny kot, który cofa się znad grobu do kołyski, jak Benjamin Button. Perspektywa dość przerażająca, bo kiedy ów proces się zakończy, dużo trudniej będzie nam się pożegnać z rozkosznym, słodkim kociątkiem, niż byłoby ze sfilcowanym, cuchnącym półtrupem, jakiego wzięłyśmy do domu. Ale mniejsza. W wyniku tego swojego regresu wiekowego Zuzło zaczęło się ostatnio bawić. Samo z siebie, z własnej inicjatywy i bez niczyjego towarzystwa. Jak to odkryłyśmy, skoro nas przy tym nie było? Ano tak, że któregoś dnia z kuchni dobiegło nas molowe, smętne, ponure i zachrypnięte „meeeee”. I kolejne. I jeszcze jedno. Spojrzałyśmy po sobie, tknięte wspólną myślą: Zuzło umiera. Will we ever learn? Kiedy weszłyśmy do kuchni, okazało się, że wręcz przeciwnie. Grobowe jęki okazały się przejawem ekscytacji Zuzła, które przypomniało sobie – czy może w ogóle odkryło? – jak przyjemnie jest ganiać po podłodze papierek. Od tej pory rozochocone Zuzło uprawia sport przynajmniej raz dziennie, becząc sobie w najlepsze, a ja się zastanawiam, jak by tu na nie zapolować z mikrofonem, bo takiego cmentarnego kociego wokalu na pewno jeszcze nie słyszeliście. Dead can dance J

Edit: No nie, po raz pierwszy mi się zdarzyło, że porwana kompozycją literacką zapomniałam o czymś niezmiernie ważnym: przecież Zuzło mówi niemal od początku, tylko to jego mówienie jest już dla nas tak oczywiste jak poranne "cześć" na widok znajomego. I mniej więcej to samo znaczy. "Mrr-i' " mówi Zuzło na przywitanie, a ja odpowiadam kolejnym muzycznym cytatem: Mro iło, Zuźka. 

Brak komentarzy: