wtorek, 4 lutego 2014

Zaklinaczka Pitek

Choć u Zuzła uwsteczniają się wszelkie negatywne zjawiska, takie jak starość, choroba czy otępienie, jedno pozostaje bez zmian: To, co czyni Zuzło Zuzłem. Zuzłość.

Większość kotów potrzebuje maksymalnie paru miesięcy, żeby zaprzyjaźnić się z otoczeniem. Zuzło spędziło u nas rok. Bity rok karmienia, głaskania, leczenia, rozmawiania jak z rozsądnym kotem, i nic. Zuzło zaprzyjaźniło się wyłącznie z nami. W sumie trochę je rozumiem – ja też, jak już mam się zaprzyjaźniać, to wolę z kotem niż z osobnikiem własnego gatunku. Może Zuzło ma tak samo, tylko odwrotnie.

Ale spójrzmy na to inaczej. Postępy są. Towarzystwo od biedy można zostawić bez nadzoru, stara ekipa nauczyła się bezpiecznie omijać Zuzło i funkcjonować pomimo, i już dawno nie wyciągałyśmy z nikogo wbitych pazurów. Można nawet poudawać idiotkę i wkręcić sobie, że Pitka i Zuzło już się prawie lubią. Siedzą sobie spokojnie kilkanaście centymetrów od siebie i nie leci z nich pierze, a efekty dźwiękowe, w porównaniu z tym, co potrafiły produkować, są wręcz łagodne. Posłuchajcie i popatrzcie sami, jak ładnie sobie rozmawiają. I przepraszam za fatalną jakość, mam gówniany telefon.


Nie no, okej. Bądźmy poważni. Nie wygląda to dobrze. Treść wypowiedzi Zuzła też jest dość oczywista. Jeśli nie zrozumieliście, tłumaczę: Giń… Giń… Giń…

Myślicie, że łatwo tak stać i nagrywać, kiedy biedna Pitka robi się coraz mniejsza i mniejsza? Zawsze wściekam się na tych z bożej łaski rerzyseróf z Jutuba, którzy z zimną krwią i durnym chichotem kręcą każdą domową masakrę, zamiast lecieć na ratunek. A na widok rozkwaszonego nosa własnego potomstwa rechoczą „ale urwał”.

Spokojnie. Wiedziałam, na co mogę sobie pozwolić, nie chichotałam durnowato, a filmik nie ma ciągu dalszego, bo Zuzło niemal osiągnęło minimalny dystans i lada chwila uzyskałoby zasięg. Musiałam przerwać pogawędkę, zanim od gęboczynów przeszło do łapoczynów.

Zresztą, choćby nawet przeszło, nie martwcie się o Pitkę i Zuzło. Jeśli już się piorą, to i owszem, spektakularnie, ale zawsze wychodzą z tego bez szwanku. Nie wiem, jak to robią. W kłębowisku futer trudno cokolwiek dostrzec. Ale zawsze jakoś tak wymanewrują, że po każdej bójce najgorsze sznity na pysku ma pies. 

Brak komentarzy: